Szczęście jedzenia

Gulasz wieprzowy z kaszą i ogórkiem kiszonym. Nienawidziłam z całego serca. Kiedy wracałam, w czasach zamierzchłej podstawówki, po szkole do domu i musiałam odgrzać sobie taki zestaw rodem z baru mlecznego… Okej. Powinnam napisać, że wolałam zjeść kanapkę z serem niż jeść coś, czego nie lubiłam, jednak jako mało wybredne, a co za tym idzie, dość solidnie zbudowane dziecko, nie miewałam problemów z jedzeniem czegokolwiek, co jadalne było, nawet, jeśli nie należało do moich ulubionych  dań. w każdym razie, gulasz oczywiście odgrzewałam, kaszę z woreczka wysypywałam na talerz, aby zjeść to potem w towarzystwie poczciwego kiszoniaka.

Ale nie lubiłam, pamiętajcie!

Lata mijały, ja pozbywałam się dziecięcej puchlinki w okolicach brzucha, policzków i kończyn, a moje kubki smakowe zdążyły już wiele razy się wymienić, a tym samym lepiej ukształtować. Mówiąc wprost – stałam się wybredna. Oprócz biustu, wykształciła się we mnie również miłość do gulaszu. Wieprzowego. Z ogórkiem. Tak, miałam co jeść, tak, nie krzywiłam się już przed każdym kęsem. Pokochałam ten smak. Palona kasza gryczana (o Boziu!), sześcianiki mięsa w sosie własnym, doprawionym znaną tylko mojej Mamie mieszanką przypraw. Ogórek pasuje jak łasiczka do Mony Lisy. I teraz wabik na wyobraźnię – zmarznięta wracam do domu i oto – on sam, w swej aksamitnej i wyrazistej postaci, czeka na mnie parując niemal w całej swej objętości pożądaniem miłości, z mojej ulubionej miseczki. No, kto by się nie skusił?

Tak zdałam sobie sprawę, czym jest moje comfort food. Wszystko się zgadzało: klucz na szyi, tornister, kasza w woreczku czekająca na sitku. I Mama, która dzień wcześniej brązowi kawałki mięsa na sos. Wspomnienia, które siedzą ze mną, przy innym już, kuchennym stole, sprawiając, że znów mam siedem lat (choć – chwała losowi – policzki względnie mniej puckowate). Nostalgia i sentyment – tak to się nazywa. Dorastamy, ale z dzieciństwa pamiętamy smaki, zapachy, obrazy, milutkie futro głaskanego psa. Wszystko to, co działało kiedyś na nasze zmysły, bardzo łatwo powraca do nas nawet dużo później.

Sama idea comfort food, choć może nie pod tą konkretną nazwą, jest znana nam wszystkim. Każdy ma ten smak, który bezbłędnie przywołuje te wspomnienia. Mój Tata wskazuje chleb ze śmietaną i cukrem, chłopak – naleśniki z truskawkami – swoją drogą, dla mnie zupełnie obce połączenie…za to rozgniatane widelcem truskawki posypane obficie cukrem i wymieszane z prawdziwą śmietaną, którą oddzielała moja prababcia…mmmm…tak można w nieskończoność!

Według mnie, bardzo dobrze ideę comfort food, czyli jedzenia, które daje nam uczucie szczęścia, obrazują słoiki, czyli emigranci edukacyjno-zawodowi. Zamożniejszych studentów hojnie wspomaganych finansowo przez Rodziców jest coraz więcej, tak więc po co taszczyć słoje, skoro można na schabowego albo na pomidorową (tak swoją drogą, bardzo adekwatne – ,,ja nie pomidorowa żeby mnie wszyscy lubili”) wpaść do baru? Bo w barze nie ugotuje Mama!  Ha! Wiadomo, są też powody czysto ekonomiczne, czyli ile zaoszczędzisz na jedzeniu, tyle możesz wydać na wódeczkę, ale pokuśmy się o odrobinę idealizmu. No wiadomo, że jak Mamusia ugotuje, to sami-wiecie-kogo, nie ma we wsi.

Nie bez powodu Nigella Lawson czy Jamie Oliver mają tak liczne rzesze fanów. Obydwoje tworzą przepisy smaczne, które każdy może wykonać bez spędzania nad garami trzech godzin.

I niespuszczania z oka wskaźniczka termometru. Umówmy się – nie każdego kręcą masterszefy, ale każdy lubi dobrze zjeść. Jeśli więc można zjeść smacznie i bez nadmiernego wysiłku, to dlaczego nie? Dodatkowo Nigella i Jamie są chodzącymi wizytówkami comfort food. Ona apetycznie krągłą księżniczka diabelnie tuczących deserów z umazanym kącikiem ust, On – roześmiany i energiczny z gromadką roześmianych dzieci u boku. Sprawiają wrażenie ludzi, którzy szczęście z jedzenia spijają i w dodatku sprzedają na nie receptę w postaci przepisów kulinarnych.

Comfort food ma dla mnie szersze znaczenie. To jedzenie, które niekoniecznie musi mi się kojarzyć z domem. Może za to z wakacjami w Dalmacji i tamtejszymi figami albo Pragą i smażonym serem. Może w ogóle nie kojarzyć się z konkretnym miejscem, ale być czymś, co po prostu daje nam przyjemność. Wczoraj pierwszy raz w życiu jadłam przegrzebki. Pyszniły się na rukoli z parmezanem i suszonymi pomidorami, polanymi oliwą. Nie lubię rukoli, a zjadłam całą. Jej smak w zestawieniu z pomidorami, serem i oliwą był czymś zupełnie nowym i zadziwiającym. Maria Przybyszewska miała świętą rację, że kiedy próbujemy kilku smaków razem, pojawia się coś nowego. Gdyby ktoś zapytał mnie jak smakują przegrzebki, naprawdę nie miałabym pojęcia co odpowiedzieć. Szukając najwierniej oddającego istotę smaku porównania, pomyślałam o przypieczonych brzegach jajka sadzonego na maśle – dokładnie takie skojarzenia wywołała we mnie przysmażona część przegrzebka. Co do pozostałej części – nie mam pojęcia. Wiem tylko, że do ostatniego kęsa szczerzyłam się do talerza jak obłąkana. Głupota, co? Ale przecież przyjemność, w ogólnym tego słowa znaczeniu, każdy odczuwa i przeżywa inaczej.

Choć jadłam to danie pierwszy raz, wzbudziło we mnie poczucie szczęścia i zadowolenia, niewątpliwie pozytywne emocje.

A przecież chyba o to właśnie chodzi w jedzeniu, prawda?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s