Zawsze chciałam schować się w toalecie The National Gallery

Zawsze chciałam zostać zamknięta na noc w galerii sztuki. Na myśl o tym, że mogłabym schować się gdzieś w zakamarkach muzeum, aby uniknąć przymusu wyjścia przed zamknięciem, moja wyobraźnia daje się ponieść. Wiem, że byłoby ciemno, system zabezpieczeń zapewne nie pozwoliłby mi wykonać jakiegokolwiek ruchu bez uruchomienia alarmu. Nie oznacza to jednak, że sfera marzeń nie wybiega poza przyziemne ograniczenia.

Ktoś zapyta, co można robić przez dwanaście godzin w galerii sztuki, w dodatku bez ludzi dookoła, poza wyznaczonym czasem zwiedzania.

Mam wrażenie, że większość osób odwiedzających muzea planuje taką wycieczkę, aby zobaczyć na własne oczy słynne dzieło sztuki. Popatrzeć przez chwilę, zrobić zdjęcie. Móc w efekcie powiedzieć: „widziałem Mona Lisę’’. Zresztą bardzo znane są fotografie z Luwru, przedstawiające tłumy zwiedzających, zbitych w ciasną gromadę pod barierką oddzielającą o kilka metrów widza robiącego zdjęcia smartfonem, od obrazu.

Sferę sacrum od sfery profanum.

Równie słynne, co tłumy fotografujących pod obrazem, są karnety do muzeum, kupowane przez największych miłośników Kobiety o Najwspanialszym Uśmiechu na Świecie. Widzieli obraz kilka, kilkanaście, a może już kilkadziesiąt razy, znają każdy jego detal na pamięć, być może przeczytali każdą jedną publikację, która powstała na jego temat, lecz nigdy nie będzie im mało obcowania z tym pięknym uśmiechem. Z kobietą, która patrzy Ci prosto w oczy, nie dając o sobie zapomnieć.

Czy dwanaście godzin sam na sam z tym spojrzeniem to dla kogoś zadłużonego w nim zbyt dużo?
Z pewnością nie.

Otóż właśnie tak wyobrażam sobie moją noc w muzeum. Ja i setki postaci, każda kryjąca za sobą, nierzadko pod maską portretowego uśmiechu, własną historię. Kochanki królów, kąpiący się w Asnières, zmęczeni upałem letniego dnia, majestatyczni małżonkowie Arnolfini, w towarzystwie tajemniczych gości odbijających się w lustrze za nimi. Spacer wśród obrazów, jest jak spotykanie przypadkowych ludzi na ulicach miast każdego dnia. Nie znamy ich historii, tak naprawdę nie wiemy co może kryć się pod ich powierzchownością. Jednak o ile osobę mijaną w pośpiechu przy odrobinie chęci moglibyśmy bliżej poznać, o tyle uwiecznieni na płótnie nie wyjawią nam swoich największych sekretów.

 

Tych kilka nocnych godzin pozwoliłoby na zmierzenie się z najlepszym pokerzystą, który zamarł w geście o tylko sobie wiadomym znaczeniu, którego odgadnięcie  stało się na zawsze niemożliwe.

Świadomość, że tak naprawdę nigdy nie poznamy myśli i uwiecznionej postaci, zmusza wyobraźnię do intensywnej pracy. O czym myślisz, Damo z łasiczką, kiedy trzymasz głowę nieruchomo, patrząc w dal? Jesteś zakłopotana otaczającym Cię zgromadzeniem, Madonno Sykstyńska, czy po prostu zmęczona trudami macierzyństwa? Zachwycił Cię majestat gór, wędrowcze nad morzem mgły? Udałeś się na górską tułaczkę, aby pomyśleć w samotności?
Oczywiście wiem doskonale, że bardzo często bohaterowie obrazów są jedynie niczym więcej niż symboliczną imaginacją autorów lub po prostu portretem na zamówienie możnego pana, jednak jest w sztuce coś, co zmusza mnie do odszukiwania alternatywnego sensu, tajemniczego świata, którego nieodłączną częścią będzie postać mieszkająca w pozłacanych ramach. Może to coś, to iskra rozpalona w nas przez twórcę, abyśmy rozniecili w sobie płomień pasji?

 

Oczywiście sam kunszt artysty nie pozostaje wyłączony spod obserwacji i dociekań. Zawsze kiedy staję pod rudą dziewczyną i oszalałym koniem, przytłacza mnie ogrom i kolor obrazu. Czuję się jak Łucja wychylająca się ze starej szafy – o krok przed wejściem do intrygującej, równoległej rzeczywistości.  Pamiętam również  autoportret Rembrandta, na którym włosy malował specjalną szczoteczką, aby doskonale oddać efekt skrętu swoich miedzianych loków. To od twórcy zależy, czy skupi naszą uwagę na tyle, abyśmy dali się wciągnąć do wykreowanego przez niego świata.

Ja zdecydowanie chcę te światy poznawać. Chcę analizować każdy mały fragment utrwalony na płótnie, będący być może kluczem do odczytania całości. Chcę czuć fascynację kolorem, tajemniczym uśmiechem, elementem, który być może przypadkowo stał się częścią malowanej opowieści.

Jest jeszcze jeden, najważniejszy element takiej nocy.

Jesteś sam. Ty i setki lat, kolejne wieki i epoki, przełomowe wydarzenia historyczne. Spotykasz się sam na sam z osią czasu, pieczołowicie utrwalaną przez artystów szalonego wiru dziejów. Ta świadomość, że masz niemalże bezpośrednią styczność z czymś, z czym styczność mieli również ludzie minionych wieków. Jest to jeden z powodów, dla których sztuka tak fascynuje – stanowi  namacalny łączniki między ludźmi wszystkich czasów, dowód na to, że podróż w czasoprzestrzeni naprawdę jest możliwa.

 

Tak więc, jeśli kiedykolwiek będzie mi dane spędzić noc w muzeum, obiecuję, że pozdrowię Rafaela od XXI. wieku, patrząc  na rozkoszną pulchność zamyślonego putta.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s