Nie mam co na siebie włożyć!

Otwieram szafę, a tam cały przegląd mojego życia, niemalże od narodzin. Spodenki o dwa kilo za małe, ale i za drogie żeby wyrzucić. Dresy ,,po domu’’, no w czymś chodzić trzeba, wiadomo, że dresy potrzebne. Dwadzieścia tym bardziej. Bluzka w kwiatki, bardzo ładna, bardzo, tylko przecież nie lubię kwiatków. Sukienka za szeroka w biuście, ale za to bardzo tania, aż prosiła ,,zabierz mnie do domu, zabierz, zajmę Ci kolejną półeczkę!’’.

Obrazek z życia każdej kobiety.

Nie to, żebyśmy nie robiły porządków, no gdzież tam! Robimy, i to kilka razy do roku, najczęściej pewnie po kolejnym ataku dzikiej frustracji spowodowanej poszukiwaniami, które zakończyły się fiaskiem.

Nie raz nie dwa, widziałam takie sceny. Dantejskie. Rozgrywające się w piekle szafy.

Trzeba wyjść, a Ty przekopujesz z wprawą koparki budowlanej wszystkie szafki, półki, skrytki i skrzyneczki w poszukiwaniu bluzki/spódnicy/spodni/kurtki/butów.

I tak to może trwać w nieskończoność, ty będziesz się denerwować za każdym razem, kiedy akurat nie masz czasu na żmudne poszukiwania, a Twoja szafa w końcu kiedyś strzeli w szwach i nawet dociśnięte kolanem drzwi nie będą w stanie powstrzymać tej fali wylewających się dzikim strumieniem na podłogę ubrań.

Problem w tym, że równie bardzo co kupować, lubimy chomikować.
A tym samym nie lubimy wyrzucać.
Miałam kiedyś chomika. Czegokolwiek nie dostał, chomikował zawzięcie w swoim domku. Na szczęście z domku wystarczyło zdjąć dach i wyciągnąć sprawnie to, co zgniło, naruszając mir domowy rozwścieczonego gryzonia. Gryzoń, jak to zwierzątko, nie wiedział, że to dla jego dobra. Żeby się w domku swoim zmieścił i nie rozchorował od niedobrych rzeczy.

A przecież od chomikowania ciuchów też można się rozchorować.
I to psychicznie, tym gorzej.

Lubię zakupy. I choć wolę robić je online – tylko sporadycznie wychodzę w teren, to dobrowolnie wystawiam się na zakupowe pokusy. Promocje, wyprzedaże, okazje to najgorsi wrogowie kobiety.

Nie wiem jak Wy, ale ja po prostu lubię kupować. Od zawsze to lubiłam, choć po pewnym czasie przestało mnie bawić urządzanie weekendowego maratonu przez galerię handlową. Wolę zakupy online z wygodnej pozycji na kanapie. Krótkie, bezbolesne, nieokupione bólem kręgosłupa.

Po pewnym czasie przestało mnie bawić również to, że mimo sterty ciuchów zapychających moją szafę, naprawdę nie miałam się w co ubrać. Bo większość ciuchów tkwiło tam z sentymentu, albo w wyniku mojej wizji, że kiedyś na pewno je założę. Powiedziałam sobie dość. Wysprzątałam szafę, wyrzuciłam zbędną garderobę. Jako że rozstawanie się ze swoją garderobą jest dla każdej kobiety niesamowicie emocjonalnym przeżyciem, zostawiłam na dnie szafy stosik szmatek. ,,Jeśli więcej ich nie założę, pójdą do śmieci’’.

Ta. Akurat, naiwniaczko.

Przychodziło kolejne sprzątanie, z którego wynikało w kwestii sentymentalnego stosiku tyle, że rósł.

Mniej więcej w tym czasie zaczęłam czytać bloga Joanny Glogazy – STYLEDIGGER, która zajmuje się tematyką slow fashion. Kupować
z głową, mieć mniej, ale inwestować w lepsze jakościowo rzeczy. Choć moja filozofia ciuchowa różni się trochę od podejścia Styledigger, jej wpisy stały się dla mnie wielką inspiracją
i motywacją do zmian.

Zrobiłam ostre cięcie. Opróżniłam szafy do zera i nad każdą rzeczą porządnie się nagłowiłam.

Moim największym problemem było to, że miałam pełno ciuchów, które najzwyczajniej w świecie do mnie nie pasowały. Najczęściej fasonem albo stylem. Na przykład bardzo podoba mi się styl boho. Ale na kimś. Sukienki z bufkami, hipisowskie wzory, piórka –  są takie piękne! No są. Tylko szkoda, że kiedy ubiorę na siebie więcej niż trzy kolory, to czuję się okropnie i z domu nie wyjdę.

A jak wyjdę w bufkach, to wrócę i się przebiorę, bo będzie mi niewygodnie. Właśnie. Wygoda. Jak nic cenię sobie wygodę. Wyrosłam z kupowania za ciasnych dżinsów, bo tyłek fajnie w nich wygląda. Nie ubiorę, a już na pewno nie kupię niczego, w czym nie czuję się komfortowo.

Tak więc do wydania poszły wszystkie ciuchy, które nie były w moim stylu (a ten zdecydowanie przez ostatni czas bardzo ewoluował), nie pasowały na mnie krojem lub po prostu rozmiarem. Oduczyłam się też kupowania czegoś, bo jest tanie. W lumpeksach też (odsyłam Was do wcześniejszego tekstu).

I zostało mało. I pierwszy raz poczułam się dobrze z tym, że mam mało ubrań. Zdałam sobie sprawę, że sami narzucamy na siebie zakaz ubierania się w to samo zbyt często. A chyba chodzi o to, żeby w tym co się nosi czuć się dobrze. Wiadomo, pranie jest potrzebne ;), ale bez przesady, żeby nie móc wyjść w tym, co nam się naprawdę podoba, bo co ludzie powiedzą.
Nie upieram się przy tym, że od teraz już zawszę będę miała mało ubrań i z pamięci recytowała co gdzie leży. Wiem jednak, że na pewno nie kupię byle czego, bo jest tanie, bo ładnie wygląda na manekinie, albo na modelce z tumblra. Staram się trzymać tego, żebym każdą rzecz, która wisi w mojej szafie, chciała ubierać z taką samą ochotą.

I nie denerwowała się, kiedy kupię coś nowego, a nie będę miała gdzie tego upchnąć.

Uwierzcie mi, o wiele lepiej żyje się mając tylko takie ubrania, które naprawdę lubi się nosić. Zero problemów rano, zero ,,nie mam się
w co ubrać’’, ekspresowe pakowanie walizki na wszelkie wyjazdy.

A sprzątać polecam podczas hejterskiej fazy PMSu – efektywność
(i efektowność!) procesu gwarantowana! :D

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s