1 powód, dla którego warto mieć w kieszeni kasztana

Jesień od zawsze mnie przygnębiała i z pewnością nie bez znaczenia było rozpoczęcie roku szkolnego przypadające na wrzesień, czyli miesiąc, który zdecydowanie oznaczał dla mnie początek najgorszej części roku (do tego październik – początek roku akademickiego). Czyli tej smutnej, bez słońca, zimnej, z nocą zaczynającą się o 16, oznaczającej powrót do szarej rzeczywistości i wegetowanie
w oczekiwaniu na wiosnę.

Już pod koniec września wpadałam w panikę, a moja głowa automatycznie znajdowała się gdzieś w silnie zbitej gromadzie smoliście czarnych chmur, które wyrywały mi najlepsze wakacyjne chwile z szufladki ze wspomnieniami.

Jedynym ratunkiem było Boże Narodzenie, które stanowiło punkt nawigacyjny, szczególnie kiedy musiałam wstawać o piątej trzydzieści. To jedyny czas w bloku jesień – zima, który dodawał mi otuchy i na chwilę ogrzewał.

Jesień kojarzyła mi się ze wszystkim co najgorsze i gdybym mogła, zakopałabym się w stercie kocy z zapasem herbaty, książek
i komputerem aż do kwietnia, kiedy świat obudzi się już na dobre do życia. Dla mnie to była taka pora, którą po prostu trzeba przeboleć
i w żaden sposób nie jestem w stanie przed tym uciec. Muszę się dopasować, stać się tak samo smutna, ciemna i bezbarwna jak ta pora.

Tak też się działo i w efekcie jesień stawała się co roku porą niespełnionych marzeń, zawiedzionych nadziei i hibernacji
w oczekiwaniu na to, co lepsze. To był najgorszy moment na planowanie, wyznaczanie nowych celów, rozpoczynanie przedsięwzięć czy podejmowanie postanowień na najbliższe miesiące. A liście suszyły się tak jak ja. Zalegały gdzieś przygniecione, w oczekiwaniu, że wykształci się z nich za jakiś czas coś pięknego, trzeba tylko cierpliwie poczekać i dać czas.

W tym roku stało się zupełnie inaczej. Przede wszystkim zrozumiałam, że wszystko zależy tylko i wyłącznie od mojego nastawienia. Coraz mniej słońca i ciepła, rzecz jasna, nie pomaga
w pozytywnym nastrajaniu się, ale też nie ma aż tak wielkiego wpływu, żeby zmusić nas do leżenia w łóżku przez kilka miesięcy.
I przecież nie mogę odkładać swoich planów tylko dlatego, że nie otacza nas tak pozytywna jak latem aura.
W zrozumieniu tego wszystkiego pomogłam sobie trochę przez przypadek, bo tego roku już od kilku dobrych miesięcy działam na zasadzie śnieżnej kuli i w czym więcej nowych zadań się angażuję, tym lepiej i szybciej funkcjonuję.
Tak naprawdę więc okazało się, że najciekawsze i najlepsze rzeczy zaczęły spotykać mnie właśnie u progu jesieni. Choć to akurat
w sporej części było spowodowane przypadkiem, to pokochałam wiele rzeczy, które są niewątpliwie związane z jesienią i dla niej charakterystyczne.
Zbieranie z drzew jabłek i gruszek, świeże orzechy włoskie, które trzeba obierać z zielonej twardej skorupki i brudzą ręce, gęsty krem dyniowy, makaron z dynią i masłem szałwiowym, kawa z musem dyniowym, wreszcie wycinanie dyń na Halloween. Na straganach nadal z powodzeniem można znaleźć świeżą cukinię i ostatnie pachnące słońcem pomidory. To wcale nie tak, jak myślałam – pierwszego września nie znika słońce, a wraz z nim wszystkie świeże warzywa i smakujące owocami a nie dojrzewalnią owoce.

I muszę się do tego przyznać, że trochę w tym roku tą jesienią się zachwycam. Patrzę jak przyroda  powoli przygotowuje się na zimową drzemkę, choć jeszcze przez chwilę będzie się chronić przed zimnem zielonymi liśćmi. Mało tego, myślę sobie, że taki cykl jest potrzebny nie tylko naturze. O ile lato sprzyja ciągłemu przebywaniu poza domem, radości słońcem i całą swoją energią pochodzącą z pędu letniego życia, o tyle jesień daje wytchnienie i czas na spokojne planowanie i rozwój. Nie musisz się spieszyć, bo wszystko sprzyja pracy przy komputerze pod kocem i z kubkiem herbaty malinowej
z miodem, paleniu niezliczonej ilości świec o świątecznym zapachu
i spotkaniom gdzieś w ciepłej kuchni przy kubku grzanego wina.

Każda pora roku ma określone przeznaczenie, każda jest po coś.
I w każdej znajdziemy coś, za czym będziemy tęsknić przez kolejne miesiące.
I choć każdy z nas ma taki okres w roku, w którym jest mu zwyczajnie najlepiej, dajmy szansę tym pozostałym. Nie opierajmy się im, spróbujmy dopasować do ich rytmu i żyć z nimi w symbiozie. I nie uzależniajmy swojego szczęścia od tego, jaka akurat panuje pora roku.
Nie zaklinajmy natury. Przejmujmy się tylko tym, na co mamy wpływ.
Nie tylko natura ma swój rytm, my też.

I włóżcie do kieszeni kasztana. Znajduję je zawsze wiosną
i się uśmiecham.

Reklamy

4 uwagi do wpisu “1 powód, dla którego warto mieć w kieszeni kasztana

  1. O jej! Wstęp jak o mnie! Dostaje depresji z nadejściem 1 września. Najgorsze to przeżyć jesień, potem jakoś leci. Sesja, więc jest trochę pracy a potem już początek wiosny. Ale jesień, ostatnio lubi siać spustoszenie w mojej psychice…

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s