Daj wyczymać

Przychodzi taki dzień jak ten, kiedy jedynym słowem jakie mam ochotę wypowiedzieć jest słowo bardzo niecenzuralne, gorsze niż motyla noga. Jeśli już chce mi się w ogóle podnosić głowę z poduszki i mam wystarczająco dużo samozaparcia, żeby złożyć usta
w jakikolwiek kształt w celu złożenia z tego słowa.

Jestem wyspana, wręcz przespana i nie pamiętam kiedy ostatnio mi się to zdarzyło. Zasadniczo nie musiałabym wychodzić z piżamy, ale zrobiłam to dla względnego porządku i równowagi psychicznej.

Ale, kurde, nic do siebie nie pasuje. To jest taki dzień nadmiernej wrażliwości na bodźce, które w jakikolwiek inny dzień nawet by się
o mnie nawet nie otarły. Teraz jednak ocierają się wszystkie naraz, jakby wykupiły zniżkowy grupowy bilet do mojej głowy.

Dzisiaj jeszcze bardziej nienawidzę wykładowców leczących swoje kompleksy rzucaniem z obydwu rękawów na zajęciach dowcipami na poziomie niższym niż Karola Strasburgera.

Dobija mnie to, że nie mogę zaktualizować programu na komputerze, choć wiem, że rozwiązanie tego wątku zajęłoby mi góra pięć minut.

Tęsknię za pizzą z dużą ilością sera i oliwą czosnkową albo bazyliową.

Mam od wczoraj dużo zaplanowanej pracy, do której nie mam ochoty się zmuszać, a to przez  świadomość, że nawet najmniejsze niepowodzenia uruchomiłoby schemat: połóż się na ziemi -> spróbuj się nie rozpłakać -> płacz.

Chociaż mam na stoliku pieczołowicie skompletowany stosik książek do przeczytania, jedyne do czego mi dzisiaj służy, to podpieranie na nim nóg, bo nienawidzę trzymać ich na podłodze.

Pierwszy raz w życiu słyszę pracujący odkurzać u sąsiadów z góry
i fantazjuję na temat, że pewnie wessie mi mózg za pomocą osmozy albo innego mechanizmu, o którym uczyłam się dużo w szkole, tylko po to, żeby móc rzucać ciekawostki na imprezach, na które i tak nie chodzę, bo w sumie bym chciała, ale jednak nie, bo przecież jestem introwertykiem i nie lubię jak ktoś oblewa mi plecy piwem.

I nie czuję wyrzutów sumienia, że przed śniadaniem zjadłam czekoladę i to nie z powodów praktycznych, jak na przykład spadek cukru, tylko akurat miałam nieodpartą i pierwotną ochotę na kokos (koksem chyba też bym nie pogardziła).

Od kilku dni nie chodzi mi bardzo ważna zakładka na stronie
i generalnie nikt nie wie co z tym zrobić.

No i nie mam ochoty całego dnia spędzić w łóżku, bo to kumuluje pod kołdrą same złe moce i czarne myśli, co w efekcie sprawia, że jest jeszcze gorzej a wieczorem mam dylemat, czy aby nie powinnam przebrać się w nową piżamę, a jak wiemy, idiotyczne dylematy są najgorsze. Człowiek siedzi na przykład przed szafą, buja się na stopach i powtarza jak mantrę: w co mam się ubrać, w co mam się ubrać, więc wygląda to generalnie jak nieudany trening hinduskiej medytacji dla początkujących.

Widzę przed sobą przyszłość w postaci czarno-białego niemego filmu, w którym kopię rowy, bo nie skończyłam studiów, ani nie wypalił mój plan A, a tuż przed końcowym the end, umieram
w zbiorowej mogile zupełnie jak spóźniony wieszcz Cyprian Kamil Norwid.

Do tego nigdy nie wyprowadzam się od rodziców, bo za pełen etat zapłacą mi tyle, że będę musiała wybierać – jedzenie czy opłata za Internet, żeby w chwilach słabości móc oglądać śmieszne filmiki
z kotami.

Chciałabym zaoszczędzić pieniądze, żeby móc w przyszłości zrealizować swoje plany, jednak z drugiej strony mam ich póki co na tyle mało, że nie mogę jednocześnie odkładać i robić sobie małych przyjemności, co w sumie może doprowadzić do tego, że umrę nie przeczytawszy najnowszej części mojej ulubionej serii, za to
z dolarami zaszytymi w czapce, jak to głosi legenda o moim pradziadku.

Generalnie widzicie, że jest to dzień od rzeczy, a jego flegmę potęguję fakt narzucenia na siebie zakazu marudzenia. No bo przecież doszłam do wniosku, że nie ma ono sensu. No więc staram się nie marudzić, choć czuję się przy tym jak alkoholik na odwyku, któremu ktoś macha przed nosem butelką przed chwilą skroplonego bimberku. No i jedna osoba wie, że jak się tak hamuję, to zmieniam nazewnictwo i na początku monologu o, jaki ten świat jest zły a ludzie okrutni, zamieszczam klauzulę ,,ale to nie jest marudzenie, ja tylko mówię, jak jest’’ (pozdrawiam Cię K., bo wiem, że czytasz i zaznaczam, że te wszystkie marudki powyżej to tylko na potrzeby tekstu, zbieżność z moimi nawykami przypadkowa).

[w tym momencie skasowałam sobie kolejny akapit tekstu, więc piszę jeszcze raz, nie pamiętając o czym pisałam wcześniej,
a pewnie była to złota myśl mająca moc odwrócenia biegu historii]

Jedyną, zawsze pozytywną rzeczą, jest jedzenie. Przepis na dziś to dużo glutenu, dużo cukru prostego, dużo umami oraz całkowicie utwardzonego tłuszczu palmowego, od którego giną zwierzęta
w Brazylii. No i zakupy podczas których człowiek wrzuca do koszyka wszystkie te opakowanka, które normalnie wyrywa innym z rąk, tłumacząc cierpliwym tonem Pani z kwadransowego klubu grubasa, że zapychają żyły, prowadzą do głębokiej ślepoty
i otępienia układu immunologicznego.

Okej. To jak już wyrzuciłam z siebie wszystkie żale, które zawitały do mnie tego feralnego dnia, wyjmę sobie moją różową matkę do ćwiczeń, włączę sobie trening jogi z serii: pozbądź się stresu, rozpaczy i złego nastawienia do świata, poklnę sobie trochę, że kolana potrafię dotknąć czołem w takim samym stopniu jak żółw stepowy, potem jeszcze trochę pomarudzę, ale generalnie to będzie dobry dzień, bo trzeba mieć wentyl bezpieczeństwa, żeby nie wybuchnąć jak opona na autostradzie przy 180 km/h.

grafika tytułowa: Chata Wuja Freda (polecam gorąco)

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Daj wyczymać

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s