Jarmuż z saturatora

Sterylność zabije kiedyś nas wszystkich. Przesadna chęć panowania nad każdym wzbijającym się w powietrze pyłkiem mnie przeraża. Sterylizatory dziecięcych butelek, wyparzacze, podgrzewacze. Dziwię się, że nadal nikt nie wymyślił sterylizatora dla samego dziecka.

Nasi rodzice i dziadkowie pili wodę z saturatorów, rozlewaną do szklanek, potraktowanych jedynie strumieniem wody w celu przywrócenia ich do stanu używalności dla kolejnej w kolejce osoby.

Codziennie rano, typowy mieszkaniec bloku wychodził przed drzwi mieszkania, jeszcze w szlafroczku, jeszcze zaspany i z potarganymi włosami, żeby zabrać stojącą już od kilku godzin na wycieraczce butelkę świeżego mleka i zrobić z niego peerelowskiej dziatwie zupę mleczną na śniadanie.

Jasne, że o wielu zagrożeniach nikt wtedy nie wiedział. Nieświadomość sprzyjała luźniejszemu podejściu do wielu dziedzin życia. Ale my teraz też nie mamy pojęcia, jaki szczep groźnej bakterii kolonizującej masowo pomidory, może zostać odkryty za miesiąc albo pięć lat.

Wyrobił się w nas jednak nawyk radzenia sobie ze wszystkimi znanymi nam zagrożeniami w jak najbardziej radykalny sposób. Odporność wzmacniamy tabletkami, dzieciom każemy nie biegać, żeby przypadkiem nie zdarły sobie kolana, stosujemy coraz to zdrowsze diety, unikamy wychodzenia z domu zimą.

Miałam niesamowite szczęście dzieciństwa lat 90. Nauczycielka nie bała się brać nas zimą na sanki, rodzice nie wysyłali do dyrektora petycji o zwolnienie za narażanie dzieci na niebezpieczeństwo. Oprócz antybiotyków był syrop z cebuli, miodu i cytryny.

Oczywiście wiele zależało od podejścia rodziców. Moi robili mi sok z marchewki, kilka lat później kupowali kubusie, obierali jabłko na drugie śniadanie. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek w moim domu nie było owoców. Oprócz tego nie zabraniali mi biegać, brudzić się i drzeć spodni. Od dziecka chodziłam na basen i nikt nie robił problemu, że na pewno mnie zawieje po wyjściu i umrę na miejscu. A, owszem, jako dziecko miałam problemy zdrowotne i to dość poważne, jednak moi rodzice nie zamknęli mnie w izolatce.
Mam wrażenie, że wychowując mnie, rozsądnie korzystali z nowości, nie zapominając o starych, dobrych rozwiązaniach.

Oczywiście nie wszyscy w czasach mojego dzieciństwa byli przewrażliwienia i nadopiekuńczy, nie wszyscy byli rozsądni i racjonalni. Tak jest i dziś, jednak w dobie rozwoju każdej możliwej dziedziny, i ogromnego wyboru, łatwiej jest przesadzić i zdrowo balansować między mnogością opcji. Jedni głodzą dzieci, bo tak im doradził miejscowy szaman, drudzy będą paść dziecięcą trzodę smalcem i kartoflami, jeszcze inni na śniadanie zaserwują nasiona chia na odtłuszczonym mleku sojowym, z jagodami acai.

Nie warto wyzbywać się doświadczenia matek i babć, warto korzystać z dobrodziejstw rozwoju. Często spotykamy się gdzieś w połowie drogi. Pyłek pszczeli, który wypijam z wodą co rano, był znany i naszym dziadkom, tylko po prostu nikt wtedy nie wiedział, że to bomba witaminowa i można go stosować jako kurację wzmacniającą. Kolejny przykład – do tej pory na niemowlęce kolki nic nie działa lepiej niż herbatka z koperku. Wprawdzie dziś można ją kupić w postaci gotowej mieszanki, kiedyś miała postać wywaru z zalanego wrzątkiem koperku, jednak idea jest ta sama, niezawodna od lat.

Jak do wszystkich innych dziedzin, tak i bez wyjątku do tej, odnosi się zasada – skrajności są złe.

Warto wymieniać się tym, co najlepsze. Korzystać z doświadczenia babć i mam i podrzucić im czasem przepis na wegański smalec albo smoothie z jarmużem.
Przecież zawsze lepiej wychodzimy na współpracy niż wyścigu kto lepiej.

 

 

fot. Henryk Rosiak/Agencja FORUM

Reklamy

5 uwag do wpisu “Jarmuż z saturatora

  1. Ajajaj, i po co te wszystkie wynalazki? A tak serio, to od dzieciaka i aż do tej pory gdy mnie zawieje, to robię sobie syrop z cebuli lub herbatkę ziołową według przepisu mojej babci, zjem czosnek albo dobrze doprawioną zupę na bazie rosołu i śpię zamiast latać po lekarzach z każdym kichnięciem, i co? I żyję, mam się dobrze! Nie neguję medycyny konwencjonalnej, ale przez pierwsze trzy dni do tygodnia chyba nawet lepiej skorzystać z domowych sposobów, a martwić się dopiero, gdy czwarty dzień ma się 40 stopni gorączki? Nie wiem jak inni, ale ja antybiotykami nie chcę się faszerować, bo doktorek ma takie widzimisię, a po którymś razie mieć zerową odporność.

    Polubione przez 1 osoba

      1. Kochane babcie, czyż nie? :D
        Albo mój wujek wędzi mięso we własnoręcznie zbudowanym piecu w ogrodzie. Palce lizać! Niedawno dostałam od niego kawałek schabu i współlokatorzy łapią się jedynie za głowę, że to tak długo stoi i świerze to jest :) Media niech trąbią o nowotworach, które może wywołać wędzone mięso i jadzie kiełbasianym i kontrolach unijnych, ale z dwojga złego wolę dobre mięsko od wujka, które trochę postoi i WIEM, że będzie dobre, niż szynkę pakowaną, która nie ustoi dwóch dni bez początków podejrzanego zielonego czegoś na powierzchni. Domowa wędzonka raz na jakiś czas nie zaszkodzi zwłaszcza, że na codzień jem raczej zdrowo, a rak około 60 roku życia i tak mnie zeżre od środka, bo takie dziedzictwo mam po obojgu rodzicach.

        Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s