Wypijmy za stary rok

Rzuciłam studia, zaczęłam drugie. Wzięłam udział w trzech remontach, w jednym – czyny, w drugim czynno – bierny, w trzecim czysto bierny. Kąpałam się w Bałtyku w połowie września. Dostałam pierwszej w swoim życiu migreny. Dowiedziałam się, że alkohol niweluje mój stres związany z tańcem i po trzech drinkach tańczę całkiem jak Baby w finałowej scenie Dirty Dancing.
Prawa zwierząt stały mi się bliższe, przestałam jeść mięso. Potem znów zaczęłam i znów przestałam. I zaczęłam. Latem namiętnie jadłam frytki z batatów i pieczone ziemniaki. Zmontowałam swój pierwszy filmik. Raz, specjalnie dla mnie, zrobiono tort. Wyczyściłam szafę do minimum. Przeczytałam kilka książek i nie udało mi się kupić biletu na jeden koncert. Na wcześniejszy mi się udało. Kupiłam fiszki i zaczęłam się uczyć hiszpańskiego. Jadąc autobusem, oprócz nadmiernego scrollowania fejsbuka, słuchałam angielskich podcastów. W grudniu utuczyła mnie Babcia, a potem ja sama. 30 grudnia jechałam do Czech tylko po rum, piwo i smażeni syr.

W międzyczasie kilka rzeczy się skomplikowało, kilka posypało, kilka legło w gruzach.

Nie pamiętam ile razy płakałam i ile razy nie miałam ochoty wychodzić z łóżka.

I z jednej strony – owszem – musiałam przejść przez niektóre bardzo gówniane rzeczy, żeby wyjść na prostą. Przypuszczam, że gdyby się nie pojawiły, po prostu nie byłoby lepiej. Ale niektóre były zbędne, szkodliwe, totalnie po nic. Niewykluczone, że w tym roku wyciągnę z nich jasną nitkę, ale w poprzednim wydawały mi się czysto czarne.

Niemniej jednak, miniony rok był tym, w którym nauczyła się najwięcej. Najwięcej o sobie, o świecie i o tym, czego w życiu chcę. Trafiłam na wiele wartościowych osób, które pomogły mi przywrócić zgubioną gdzieś wiarę w to, że w życiu nie można postąpić inaczej niż podążać za własnymi marzeniami. Słuchać siebie i podążać za, najbardziej nawet, absurdalnymi pomysłami. Jeśli w nie wierzysz
i nie możesz o nich zapomnieć, nie masz innego wyjścia niż spróbować.

Cieszę się, że 2015 minął i zaczęło się coś nowego, bo jestem człowiekiem rodzaju, który niczego tak nie potrzebuje jak początku. Początki są dla mnie świętością, pozwalają odetchnąć, wdrożyć plan i znaleźć siły. I choć z początkiem roku to trochę kwestia paradoksalna, bo właśnie pierwszych kilku miesięcy boję się zawsze najbardziej, to jednak mimo to daje mi on siłę, żeby do grudnia, który tak kocham, dotknąć tego wszystkiego co chcę osiągnąć.

Nie lubię postanowień noworocznych. Najczęściej ludzie zmuszają się w nich do robienia rzeczy, na które tak naprawdę w ogóle nie mają ochoty, do których musza się silnie zmuszać, a najlepiej i tak wychodzi im szukanie wymówek.
Jedyne co postanawiam, to trzymać się rzeczy, których bardzo chcę. A oprócz tego, będę to wszystko spisywała. A za rok zrobię podsumowanie. I ten rok będzie lepszy.

Wypijmy za stary rok. Jeśli był zły – żeby szybko zapomnieć, jeśli dobry – niech radość zostanie z nami chwilę dłużej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s