Paradoks różowej szminki

Co jakiś czas, częściej lub rzadziej, zdarzały się dni, kiedy czekałam na autobus razem z jedną dziewczyną.





Dziewczyna, już od pierwszego widzenia, stała się dla mnie wizualizacją doskonałości. Piękne, idealnie gładkie włosy, śliczna uroda, świetny styl, a to wszystko spójne ze sobą tak bardzo, jak gdyby właśnie tak pojawiła się kiedyś na świecie.

I choć zdarza mi się podziwiać naprawdę wiele osób, tę dziewczynę zapamiętałam wyjątkowo mocno.
Nie bez znaczenia jest fakt, że podziwiałam ją tym bardziej, im mniej podobałam się samej sobie. Najczęściej wtedy, kiedy nie miałam czasu na makijaż i układanie włosów, a ubrania, które na siebie zarzuciłam miały pozwolić mi przetrwać paskudną pogodę, a nie oszałamiająco na mnie wyglądać.

Kilka dni temu, te kilka dni temu kiedy wystartowała wiosna, dzień zaczął się wyjątkowo sprzyjająco, pozwalając mi nawet na zrobienie kresek (sic!) na powiekach. Dodam, że prawie symetrycznych, co w moim przypadku spowodowało, że natychmiast poczułam się Lisą Eldridge 2.0.
Wyciągnęłam z szafy ulubiony płaszcz, trampki, odkopałam z torebki okulary słoneczne i wyrzuciłam z niej parasol.
(Jeśli ktoś nadal sądzi, że szmatki i makijaż nie wpływają na samopoczucie, drzwi są gdzieś tam -> tylko trochę po skosie w górę.)

Generalnie nie noszę szminek. Mam dokładnie pięć w idealnych odcieniach, ale używam ich bardzo rzadko. Ale tak sobie pomyślałam – jak wiosna, to wiosna, i zaaplikowałam sobie na usta piękną fuksję. Co z tego, że kolory inne niż granatowy, czarny i biały mogłyby dla mnie nie istnieć (tak ogólnie, niekoniecznie na ustach).

Wiosna ma właśnie to do siebie, że ludzie odurzeni słońcem robią bardzo nieprzewidywalne rzeczy. Najczęściej jednak ich nie żałują.

Żeby związać razem poprzednie akapity, powiem – nie zaskakując Was raczej w tym miejscu, że tego dnia też spotkałam TĘ dziewczynę. Gładkie włosy jak z tych reklam Pantene, gdzie kamera robi najazd w slow motion na modelkę rzucająca na boki głową, okulary przeciwsłoneczne, jakiś miły dla oka strój. Zachwyciłam się nią w myślach po raz kolejny. Ale mój zachwyt nieco zmalał, kiedy przypomniałam sobie o mnie. A raczej – sobie o sobie.

Też miałam fajne włosy, też byłam fajnie ubrana, końcowa ocena – 11/10.

No właśnie. Tylko po co to też?

Sęk w tym, że przy odrobinie czasu i chęci, można się upodobnić absolutnie do każdego. Można wystylizować się jak modelka z pisemka albo stać się spotkanym gdzieś przypadkowo człowiekiem. Będziemy zapewne wyglądać fantastycznie, ale pytanie, czy równie fantastycznie będziemy się czuć?

Głupia sytuacja na przystanku uświadomiła mi, że nie muszę się do nikogo upodabniać, żeby czuć się dobrze. Że zakładając na siebie dokładnie to na co mam ochotę, nie muszę czuć się gorzej od innych. I że nigdy nie masz pewności, czy to na Ciebie ktoś nie spojrzy i nie powie sobie, że chciałby wyglądać tak samo. Nawet wtedy, kiedy wydaje Ci się, że wyglądasz strasznie bez makijażu i nieuczesana.

Nie wiem, czy jesteśmy w stanie całkowicie przestać się porównywać. Szczerze w to wątpię. Większości ludzi ciężko odnaleźć siebie, po prostu swoją drogę, więc szukamy wytycznych kierując się tym, co podpatrujemy u innych. W ten sposób powielamy schematy, zdarza się, że słuszne, ale nierzadko one nas zwyczajnie ograniczają, bo zamiast szukać siebie, po prostu się upodabniamy. I nie tyczy się to tylko wyglądu, ale też studiów, pracy, zainteresowań.

Często, jeśli nawet wiemy czego w życiu chcemy, boimy się, że to głupie, tkwimy w obawie, że poniesiemy porażkę. Wszyscy chcielibyśmy być idealni. A jednocześnie najbardziej cenimy sobie w życiu chwile szczerości, kiedy możemy spędzić czas jak chcemy i z kim chcemy, robiąc co tylko nam się podoba.

Uważam, że powinniśmy być idealni, ale sami dla siebie. Nie według standardów, które wyznaczamy sobie patrząc na innych. Dla mnie człowiek idealny to taki, który dąży do WŁASNYCH ideałów, takich, które naprawdę czuje.

Pomógł mi banalny eksperyment. Ta różowa szminka jest super, ale fatalnie schodzi z ust. Postanowiłam się tym nie przejmować. Nie poprawiałam jej nie dlatego, że lubię chodzić ze złażącą byle jak z ust szminką, ale żeby uświadomić sobie, że to nie jest rzecz, którą należy zaprzątać sobie myśli.

Nie będzie puenty, ja tu to wszystko po prostu zostawię do wniosków własnych.

Reklamy

5 uwag do wpisu “Paradoks różowej szminki

  1. Trafne! często porównuję się do innych kobiet, do ich wyglądu czy własnie nawet osiągnięć ale nigdy, przenigdy nie pomyślałam, że ktoś może tak patrzeć na mnie. Nie wiem, czy rzeczywiście tak jest ale wolę myśleć, że gdzieś tam jest ktoś, kogo zdaniem można się na mnie wzorować, to daje powera! :)

    Polubione przez 1 osoba

  2. A u mnie jest nieco inaczej. Ja wiem, że jestem ładna, po prostu po paru latach burzliwej wczesnej młodości w końcu kiedyś się obudziłam i pomyślałam sobie „jak się uczeszesz, ubierzesz i umalujesz, to niezła z ciebie dupa”. Sęk w tym, że zwykle albo mi się nie chce, albo akurat na studiach mam zajęcia praktyczne i muszę mieć ten dres na sobie (eh, uroki sportowych studiów). Z drugiej strony, mam tą świadomość, że nie muszę się stroić, bo ktoś tego ode mnie oczekuje, i też moja twarz za kilka lat mi podziękuje za to, że tapetę mam jedynie od święta, nie na co dzień. Jest jeszcze inna kwestia – fajnie jest, gdy na imprezie jesteś jak ten Kopciuszek na balu, mało kto cię kojarzy, bo na co dzień się chodzi w kucyku, dresie i bez makijażu, i wszyscy faceci na sali twoi!

    Polubione przez 1 osoba

    1. Zazdroszczę samoświadomości, a raczej samoświadomości w połączeniu z umiejętnością nieporównywania się do innych. Mam wrażenie, że w wielu z nas tkwi przekonanie, że to źle zdawać sobie sprawę z własnej atrakcyjności, a już mówić o tym to szczyt próżności. Wychodzi na to, że pewność siebie w praktyce jest postrzegana negatywnie, mimo że w teorii przez wszystkich pożądana.

      Lubię to

      1. Nie mówię, że wcale się nie porównuję, bo zrąbane typowo polskie wychowanie jednak robi swoje nawet w dorosłym życiu i latach za granicą, i jest czasami ten głosik z tyłu głowy, że coś tam jest nie tak i ktoś jest lepszy. A co do pewności siebie, to w Anglii jak się zna swoją wartość, to się po prostu jest. Właśnie zauważyłam taką tendencję, że tutaj jak się chociaż nie wydaje się być pewnym siebie, to „powinnaś iść na jakąś terapię”. Z jednej strony to trochę upierdliwe, ale z drugiej fajne, że kogoś obchodzi, co sądzi o sobie jednostka.

        Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s