Prozac czy wódeczka, czyli krótka historia o niewyspaniu

Dawno, dawno temu, w odległej krainie, żyła sobie piękna królewna.


Królewna lubiła późno chodzić spać, czytała po nocach książki, scrollowała Facebooka, albo po prostu korzystała ze wszystkich możliwych urządzeń elektronicznych tuż przed snem, pomijając już fakt, co na nich przeglądała. Królewna kładła się spać o bardzo nieregularnych godzinach, w tygodniu wstawała bardzo wcześnie, natomiast w weekendy nadrabiała braki snu. Jednak nawet śpiąc do późna, budziła się wymięta jak ścierka do podłogi, rozjechana niczym pole przez traktor, tuż przed wysiewem, z sińcami pod oczami jak bokser po najmniej udanej w karierze walce, z chęcią do życia turlającą się gdzieś pod szafą.

Królewną byłam oczywiście ja, ale bajka była niezbędna, bo bajki są jedyną formą literacką, której morał najbardziej trafia do człowieka.

Morał jest więc taki:

zacznij spać jak człowiek, bo inaczej zrobisz z siebie wymoczoną ścierkę do podłogi

Zawsze chodziłam spać późno, a wstawać musiałam wcześnie. Nie mam jednak szczęścia należeć do tej elitarnej grupy, której do utrzymania pełnej władzy umysłowej wystarczą cztery godziny snu. Potrzebuję ich minimum osiem. W weekendy odsypiałam i już w tym momencie popełniałam największy błąd, bo przeciętnie, aby czuć się bardziej wyspanym, wystarczy przespać w wolny dzień godzinę więcej niż normalnie. Większa ilość robi nam z mózgu wodę i rozregulowuje nasz organizm.

Stabilizacja przyszła w czasie wakacji. Wyrobiłam sobie nawyk wstawania mniej więcej o tej samej godzinie. Po prostu przez pierwsze kilka dni zmuszałam się do wstawania o określonej porze, po czym mojemu organizmowi weszło to w nawyk.

Tylko że później znów postanowiłam zafundować swojemu organizmowi szalony ciąg. Skończyło się to permanentnym poczuciem zmęczenia, brakiem energii i jakichkolwiek sił wprawiających w ruch machinę zwaną ludzkim organizmem. Muszę dodać, że nigdy w swoim życiu nie miałam problemu z zasypianiem, ani z lekkim snem – zasypiam w trzy sekundy, a śpię snem niedźwiedzia brunatnego w wariancie ,,zjadłem dużo miodku i przed majem nie ruszam łapą’’.

W końcu dojrzałam do tego, że należy z tym zrobić porządek. Koniec Judyto, basta. Nie ma opcji, żebym dłużej całe dnie myślała tylko o tym, żeby już położyć się spać, po czym znów wstawała niezdolna do życia, za to w pełni zdolna do zaśnięcia w każdych możliwych warunkach.

Zaczęłam od rzeczy najbardziej oczywistej  – ustalenie stałej pory zasypiania. Nie ma co – jak z niemowlakiem, ale nie po to matka natura od dziecka każe nam zasypiać w określonych porach, żebyśmy my, głupi dorośli ludzie, robili sobie z niej potem zwyczajne jaja.

Jak my matce naturze, tak matka natura nam. Olejesz ją, a ona włączy słoneczko właśnie wtedy, kiedy będziesz potrzebował jeszcze jeden raz kliknąć drzemka.

Ustaliłam sobie, że kładę się między 23:00 a 24:00, ale optymalną porą jest 23:30. Przez kilka pierwszych dni pozwoliłam sobie wstawać wtedy, kiedy mój organizm stwierdzi, że już się wyspał. Po jakichś dwóch tygodniach takiej trenażerki, wstaję mniej więcej po ósmej. Wiadomo, nie trzymam się tak ściśle tych pór, nie zawsze mam taką możliwość, ale generalnie staram się jak najmniej skakać w bok.

W pierwszych dniach zaczęłam pomagać sobie melatoniną – to taki hormon, który daje cynk naszemu mózgowi, że pora uderzyć w podusie.

Nie chciałam jednak zaczynać z grubej rury, tak więc po wstępnym researchu, wybrałam się do apteki po Plusz na dobry sen – same ziołowe składniki plus niewielka ilość melatoniny, a to wszystko do rozpuszczenia w wodzie – jak stary dobry Plusz za dawnych szczenięcych lat.

Po pierwszej nocy po zażyciu czułam się jeszcze gorzej, aczkolwiek nie wiem na ile to siła mojej perswazji (a tę mam silną), a na ile potrzeba zaznajomienia się mózgu z nowym bodźcem.
Niemniej jednak, po dwóch dniach nie było śladu pierwszych objawów, a tableteczki jeśli nie pomogły, to na pewno nie zaszkodziły (tak samo zresztą jak ziołowe herbatki).

Myślę, że przełomem w moim przypadku było zablokowanie niebieskiego światła. Brzmi to strasznie sekciarsko, co najmniej jakbym miała zaraz wdziać sandały, worek jutowy z kapturem i ruszyć w beztroską włóczęgę, żywiąc się słońcem i zarabiając wróżeniem ludziom z mlecznych zębów, jednak było super ważne.

Niebieskie światło to takie, które emitują urządzenia elektroniczne – komputery, tablety, smartfony, ale też żarówki energooszczędne. Co ono robi z nami takiego złego?

Otóż hamuje wydzielanie melatoniny, czyli właśnie tego hormonu odpowiedzialnego za nasz rytm dobowy. Najczęstszymi radami udzielanymi w tej kwestii, jest zrezygnowanie z zabawy elektroniką jakiś czas przed snem. Możecie poczytać książkę, czy coś.
Owszem, czytam książki, ale w najmniej oczekiwanych momentach i obecnie zmuszenie się do czytania przed snem jest dla mnie niemożliwe.

Jeśli tak jak ja, chwilowo nie potraficie się odessać się po wieczorynce od smartfonów i komputerów, polecam instalację programów/aplikacji blokujących niebieskie światło. Zmieniają one światło na cieplejsze, które ma zdecydowanie  mniejszy wpływ na nasz organizm (choć należy pamiętać, że nadal ma).

Jako szczęśliwa i hipsterska posiadaczka iPhone’a mam od niedawna taką funkcję w telefonie z automatu (Night Shift), natomiast wiem o istnieniu co najmniej kilku aplikacji, które można ściągnąć ze swojego sklepu (np. Twilight).
Jeśli chodzi o komputer, używam i polecam program F.lux. Pozwala ustawić ręcznie godziny zmiany oświetlenia jak również jego barwę. Ja preferuję wersję ekstremalną, tak że w godzinach kiedy obiecałam programowi, że będę już spać, podświetla on ekran na czerwono (czerwony w najmniejszym stopniu wpływa na nasz organizm). Przyzwyczajenie się do tego zajęło mi jeden dzień i teraz nie wyobrażam już sobie, żeby po zachodzie Słońca mój komputer oślepiał mnie niebieskim światłem – f.lux zmienia jego barwę stopniowo, nasze oczy nie przeżyją więc szoku.

Po dwój tygodniach czuję się o wiele lepiej. Nareszcie odczuwam zmęczenie o konkretnej porze i wiem, że należy wtedy pójść spać, a rano budzę się o normalnej godzinie. Mam zdecydowanie więcej energii i siły do życia.

Możecie myśleć, że to jakieś głupotki i wyśpicie się na emeryturze lub po śmierci, ale uwierzcie mi, żaden organizm traktowany z buta przez kilkadziesiąt lat, nie będzie współpracował z nami wtedy, kiedy nam się zamarzy.

Jeśli mówię to ja – najmniej dbający o higienę snu człowiek na świecie, to coś musi być na rzeczy.

Co do tytułu – nie, alkohol nie pomaga, bo bardzo spłyca nasz sen, a najwydajniej odpoczywam w fazie snu głębokiego. Z tabletkami również należy uważać – nawet ziołowe, sprzedawane bez recepty, mogą powodować skutki uboczne.

Najlepiej więc, Moje Drogie Robaczki, współpracować ze swoim organizmem po partnersku i posłuchać, czego mu najbardziej potrzeba. Żadna tabletka, herbatka czy kawa, nie zastąpi dobrego, komfortowego snu.

Jeśli dotarłeś wzrokiem aż tutaj, zajrzyj jeszcze tu i tu i wpadnij powiedzieć cześć! :)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s