3 proste metody, za które Twoja twarz Ci podziękuje

Uwielbiam kosmetyki. Wypada przyznać się otwarcie już na samym początku.


A właściwie, najbardziej lubię czytanie składów, testowanie, poszukiwania świętych graali. I nie, zdecydowanie nie mam ich dużo – wręcz przeciwnie – zadziwiająco mało, bo na tym polega haczyk w tej grze, żeby na półce zajmowały miejsce tylko produkty najlepsze, sprawdzone i posiadające wartość adekwatną do ceny.

W tym poście chciałabym się skupić na kosmetykach pielęgnacyjnych (o mojej filozofii dotyczącej kosmetyków kolorowych mogliście już czytać), a ściślej rzecz ujmując, na kosmetykach do twarzy.

Od czasów nastoletnich pryszczy, używałam oddzielnych kosmetyków do twarzy. Wiecie, te wszystkie kremy matujące, żele z Under20 etcetera, etcetera. Była to chyba największa głupota jaką mogłam wyrządzić swojej młodzieńczej, przetłuszczającej się twarzy, bo podstawowa zasada mówi, że im skóra bardziej sucha, tym więcej sebum wydziela, co równa się błyskowi. Taką skórę trzeba więc nawilżać, nawilżać i jeszcze raz nawilżać, NIGDY NIE MATOWIĆ, i przyznam, że od kiedy zmieniłam podejście, mój problem nadmiernie przetłuszczającej się w strefie T skóry przestał istnieć (mam cerę mieszaną).

Kiedy już opanowałam podstawę, czyli NAWILŻAJ, przyszła pora na gorączkowe przeszukiwania rossmannowych półek w poszukiwaniu najlepszych kosmetyków. Było fajnie. Aż kiedyś mnie nie tknęło, że płacę za te kosmetyki jak za zboże, a w składzie siedzą, upchane jeden obok drugiego, jawnie rzucające mi się w oczy chemikalia. Nie, nie jakieś wybitnie szkodliwe, ale zdecydowanie również nie wpływające na moją skórę w żaden pozytywny sposób.

Przejście na minimalistyczną pielęgnację zajęło mi trochę czasu, tak naprawdę stosuję ją od około pięciu miesięcy. Staram się, tak życiowo, kierować zdrowym rozsądkiem i to nie jest tak, że każdą substancję chemiczną uważam za coś okropnego i już nigdy nie kupię w drogerii żadnego kosmetyku. Zdarza mi się użyć zwykłego żelu lub kremu do twarzy, kiedy jestem poza domem, także żaden z moich kosmetyków kolorowych nie jest eko, są ogólnodostępne i póki co, jest mi z tym całkiem nieźle.

Jakich mazidełek używam, gdzie można je kupić i dlaczego tak bardzo je kocham?

Po pierwsze i chyba najważniejsze, zaczęłam myć twarz olejami, a dokładnie metodą OCM, jednak jako osoba, która lubi ułatwiać sobie życie, nieco ją zmodyfikowałam. Nie chce mi się myć twarzy po wyjściu spod prysznica, myję ją więc podczas kąpieli. Fakt, staram się nie wkładać twarzy wprost pod wodę, głównie ze względu na naczynka, tylko zwilżać ją dłońmi.

Następnie nakładam oceemową mieszankę, która w moim przypadku jest wariantem dla cery suchej, choć mam cerę mieszaną – takie proporcje po prostu najbardziej mi służą. Robię to zawsze na początku, żeby do końca prysznicowania pory ładnie się otworzyły. Następnie moczę mały ręczniczek i dokładnie ścieram nim całą mieszankę, razem z ewentualnym makijażem. Zazwyczaj powtarzam procedurę.

Do tej pory zmywałam olej mydłem, ale zauważyłam, że o wiele lepszy efekt daje właśnie delikatne zdjęcie go ręczniczkiem. Makijaż i sebum lepiej ,,odchodzą” z olejem niż z mydłem.

Cena? Śmieszna. Olejek rycynowy to koszt mniej więcej 2,50, natomiast kolejny składnik zależy od Was. Ja stosuję oliwkę Hipp (ma świetny skład) lub najzwyklejszą oliwę z oliwek.

Kolejnym krokiem jest tonik kwasowy, który mieszam z glukonolaktonu (kupiłam najmniejszą pojemność i przypuszczalnie będę go zużywać jeszcze na łożu śmierci) i zwykłej wody z kranu lub mineralnej. Jako upierdliwy i dociekliwy człowiek wyczytałam, że glukonolakton jako kwas PHA, jest całkowicie bezpieczny i ciężko zrobić nim sobie krzywdę, używając go samemu w domu (w przeciwieństwie do kwasów AHA, których aplikowanie powinnyśmy zostawić kosmetyczkom).

Używając go regularnie, zdecydowanie zauważyłam poprawę skóry – jest bardziej sprężysta i odczuwalnie gładsza. 

Na sam koniec, żeby nawilżyć skórę, nakładam mieszankę olejku i kwasu hialuronowego. Zabrzmiało to jakbym była sześćdziesięcioletnią czarownicą, która za wszelką cenę chce zatrzymać młodość, ale w rzeczywistości to zdecydowanie nic strasznego. Od pięciu miesięcy nie używam kremów, a oleje. Owszem, nie służą one każdemu, ale mi zdecydowanie tak, co niezmiernie mnie cieszy. Są pełne odżywczych składników, a jeśli sięgniemy po tak zwane suche oleje, szybko się wchłoną. Dodatkowo są bardzo wydajne i dzięki temu tanie. Jestem wierna olejom z Ministerstwa Dobrego Mydła (jestem wielką fanką produktów jak i właścicielek sklepu) – do tej pory używałam orzechowego i malinowego, ale przeróżne oleje możecie dostać w sklepach zielarskich, aptekach i drogeriach (należy tylko sprawdzać składy).

Kroplę olejku mieszam z odrobiną kwasu hialuronowego. Wbrew obiegowym opiniom, kwas hialuronowy to nie tylko jakiś cudowny wypełniacz zmarszczek dla pań w średnim wieku, a substancja występująca naturalnie w skórze, która jest odpowiedzialna za utrzymanie odpowiedniego poziomu nawilżenia. Owszem, można go sobie wstrzyknąć w skórę, ale można  też nałożyć go na nią.

Sam w sobie nie ma właściwości nawilżających, ale stanowi barierę zapobiegającą uciekaniu wody ze skóry. Konieczne jest więc stosowanie go wraz z substancją nawilżającą, w moim przypadku jest to właśnie olejek. Cena – równie śmieszna co w przypadku glukonolaktonu, a używam go mniej więcej od marca, w dodatku na spółkę z moją Mamą.

Warto dodać jako ciekawostkę, że hialuron nie usuwa zmarszczek, a jedynie sprawia, że stają się one widocznie wygładzone właśnie dzięki  utrzymaniu odpowiedniego poziomu nawilżenia skóry. Znajduje się on także w płynie stawowym, więc niektórzy ludzie borykający się ze zwyrodnieniami stawów, również decydują się na iniekcje, tyle że w kolano :).

Wszystkie te specyfiki trzymam w buteleczkach z Rossmanna i Tigera, ale generalnie tego typu pojemniki można bez problemu dostać za grosze online lub wykorzystać naczynka znalezione gdzieś w domu.

Od czasu do czasu funduję sobie peeling i głębsze oczyszczanie mieszanką węgla aptecznego i odrobiny sody oczyszczonej.

Taka pielęgnacja w moim przypadku sprawdza się świetnie. Widzę, że moja skóra wygląda lepiej, jest gładsza, ma wyrównany kolory (to był mój duży problem), wypryski pojawiają się sporadycznie, a mój odwieczny kłopot z prosakami (nie mylić z prusakami! :D) zmalał na tyle, że zupełnie mi one nie przeszkadzają.

Nie mogę nie wspomnieć o kosztach takiej pielęgnacji. Jasne, zawsze da się taniej, ale dla mnie taki wariant jest optymalny. Koszt oleju to 18 złotych, a używam go przynajmniej przez trzy miesiące. O cenie toniku kwasowego i hialuronu już wspominałam, a opakowania to jednorazowa inwestycja, w dodatku niezbyt wielka. 

Oczywiście nie wszystko to, co sprawdziło się u mnie, koniecznie sprawdzi się u każdej z Was, ale myślę, że warto spróbować, bo w moim przypadku zmiana jest kolosalna, a moja skóra i portfel są mi bardzo wdzięczne :).

Reklamy

5 uwag do wpisu “3 proste metody, za które Twoja twarz Ci podziękuje

  1. A podpowiesz gdzie dostać taki kwas hialuronowy? Jakaś dobra apteka? Dużo słyszałam o pielęgnacji olejami i podobno – jak sama z resztą piszesz – działa cuda, sama mam meeeega tłustą cerę (tzn, tłustą w strefie T a pozostała część to suchy wiór) i od lat właściwie nie znalazłam czegoś skutecznego w 100%.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Powinno się wyświetlić hiperłącze w tekście, ale może coś się zepsuło, zaraz sprawdzę ;). I glukonolakton, i hialuron kupuję na ecospa :). Ja mam dokładnie to samo, sucha twarz plus przetłuszczająca się strefa T i u mnie oleje sprawdzają się naprawdę fenomenalnie. Czuję, że moja twarz jest naprawdę nawilżona, a nie tylko pomazana kremem :).

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s