Szczęście jest jak ser

Jest takie miejsce, gdzie zachwyca mnie absolutnie wszystko. To dla mnie taka Atlantyda, o której wiem tylko ja i mieszkańcy, kraina wiecznej szczęśliwości, w której zagadujesz Panią z warzywniaka o samopoczucie, kiedy pakuje Ci do torby najładniejsze brzoskwinie w całej Galaktyce.

Wszyscy są mili i uprzejmi, uśmiechają się do siebie, nikt nie kradnie i nigdy nie pada deszcz.

Tworząc sobie taki obraz, popełniam pewnie milion znanych psychologii od dawna błędów poznawczych, ale co tam. Przecież wiem, że nawet tutaj nie jest idealnie, ale po co się tym przejmować.

Czasami potrzebujemy idealizowania. Tych chwil, kiedy wszystko wydaje nam się sensowne, celowe, piękne, niezachwiane i trwałe. Kiedy każda najmniejsza czynność daje nam taką radość, jak w normalnych warunkach podwyżka od szefa sknery.

Wyszłam dziś rano i nawet upał sprawiał, że czułam się szczęśliwa. Szczęśliwa od czubka głowy po najmniejszy palec u nogi.

Podekscytowana stałam w kolejce po świeży twaróg i kefir ze sklepiku firmowego pobliskiej spółdzielni mleczarskiej, po czym szłam z nimi przez miasto, jakbym niosła w torbie co najmniej zaginiony obraz Santiego.

Życzyłam wszystkim podającym mi paragony miłego dnia.

Mam świadomość, że to wszystko co mnie tak fascynuje, mieszkańcy mają totalnie gdzieś. Ale dla mnie to wszystko jest nowe, wspaniałe i idealne.

Nie liczę ile razy na tym blogu pojawiło się zdanie przecież w życiu chodzi o to, żeby być szczęśliwym (chyba stało się mimochodem jego mottem). Ale głęboko wierzę, że tak jest.

Że w tym świecie pełnym cierpienia, porażek i depresji, powinniśmy walczyć o szczęście, wyrywać każdy jego najmniejszy kawałek, przy każdej możliwej okazji i trzymać je tak mocno, jak tylko się da.

Bo o szczęście trzeba walczyć, czasem bardzo mocno, ale liczą się najmniejsze kroki. Czasem nieśmiały uśmiech, kiedy mówisz komuś miłe słowo, czasem rozgrzane słońce na ramionach.

Nie odbierajmy sobie takich chwil myślami, że za chwilę może być inaczej, że szczęście uleci, a życie znowu zacznie nadawać w odcieniach szarości.

Ostatnich kilka miesięcy pokazuje mi, jak istotne są chwile. Ciężko mieć poczucie szczęścia przez cały czas. W ostatecznym rozrachunku zawsze okazuje się, że najwspanialsze były chwile, to właśnie je najbardziej pamiętamy, to dzięki nim czujemy ciepło w żołądku, a kąciki podnoszą się ku górze.

Dlatego wyciskam wszystkie soki z takich chwil, kiedy nogi niosą mnie same, kiedy czuję się dobrze, bo mogę kupić ser i zjeść go na śniadanie z kimś, komu mogę z troski powiedzieć, żeby nie używał tyle soli do pomidora.

A potem w spokoju pisać i czuć, że w tym momencie, w tej krótkiej kosmicznej sekundzie, jest po prostu dobrze, nieważne, że za chwilę może już nie.

Kiedy kupujesz butelkę kefiru i czujesz jakbyś wygrał milion, to jest to.

I nie zepsuje tego nic, bo życie jest piękne, a słońce świeci mocno.

Carpe diem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s